Jak zasadzić konflikt i podlewać go słowami?
wtorek 16 Cze 2026 · 6:30
„Jak zasadzić konflikt i podlewać go słowami”
Parkowanie albo drzewa? Sztuczny konflikt albo… narracja, która ma nam wmówić, że innego wyjścia nie ma. Czy w Piekarach znikną miejsca parkingowe czy drzewa – takie alternatywy przedstawia Krzysztof Turzański.
Jak się okazuje (po zgłoszeniu), ludzie od lat parkują nielegalnie na pewnym odcinku ulicy Bytomskiej i teraz, gdy sprawa „wyszła”, trzeba coś z tematem zrobić.
Na Bytomskiej nie ma wojny między pieszymi a kierowcami czy miłośnikami zieleni. Ten konflikt został ludziom włożony w ręce. W komentarzach pod oficjalnym wpisem Krzysztofa Turzańskiego na FB widać to jak na dłoni: mieszkańcy nie kłócą się o drzewa ani o parkowanie; oni kłócą się o język, o narrację i o to, że obywatelskie zgłoszenie nazwano „donosem”. Jedni bronią przedsiębiorców, drudzy bezpieczeństwa pieszych, inni parkujących, ale nikt nie atakuje drugiej strony… dopóki nie pojawia się opowieść o „donosicielu”, która natychmiast zamienia ludzi w dwa obozy.
I to jest sedno sprawy: nie drzewa, nie chodnik, nie parkowanie, tylko komunikacja Turzańskiego, która zamiast rozwiązywać problem tworzy konflikt. Podobny efekt widzieliśmy rok temu przy sprawie „pracowników bez koszul”, kiedy wpis Turzańskiego również wywołał falę agresji między mieszkańcami (również był tajemniczy donosiciel). Teraz dzieje się to ponownie.
To Turzański jako pierwszy użył we wpisie (video) słowa „donos”. Brzmi to pejoratywnie, czyli obraźliwie, pogardliwie, z negatywnym zabarwieniem i dokładnie tak zostało odebrane przez mieszkańców, co widać w komentarzach.
Nie jest istotne, że przez wiele lat policja dawała nam fory i nie wlepiała mandatów - choć mogła, bo przy takim rozwiązaniu miejsc parkingowych miała pełne prawo to robić. Teraz ktoś zgłosił „finezję” tego układu parkingowego i policja musi reagować.
Pytanie brzmi: gdzie przez te wszystkie lata był Urząd Miasta, który miał obowiązek to uporządkować?
Jak mają się do tego słowa wiceprezydenta Turzańskiego z jego filmiku video: „...parkowali tu od lat i nie generowało to absolutnie żadnych problemów… ale jak widać komuś to przeszkadza...”
To zdanie jest kluczowe.
W praktyce oznacza jedno: wiceprezydent miasta publicznie normalizuje wieloletnie łamanie przepisów!.
Nie mówi: „to było niezgodne z prawem, trzeba to naprawić”. Mówi: „było dobrze, dopóki nikt nie zgłosił”.
Tylko że prawo nie działa na zasadzie: „jest problem dopiero wtedy, gdy ktoś go zauważy”. A fakt, że policja przymykała oko, nie zwalnia miasta z odpowiedzialności (jedynie dziękujmy policji!)
Idąc tokiem rozumowania Turzańskiego, można dojść do absurdalnego wniosku: łamanie prawa jest w porządku, dopóki nikt nie zgłosi.
To ta sama logika, która prowadziłaby do stwierdzenia, że jeśli urzędnik bierze łapówki, to „nie ma problemu”, dopóki nie pojawi się „jakiś donos”.
A przecież obowiązkiem miasta jest zapobiegać nieprawidłowościom, a nie udawać, że ich nie ma, dopóki ktoś nie odważy się ich zgłosić.
W sprawie Bytomskiej pojawia się nagle wielka troska o zieleń. Troska dramatyczna, pełna westchnień o tym, że „nowe drzewa będą rosły latami”, że „to pieśń przyszłości”, że „trzeba będzie je wyciąć”.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie jeden drobny szczegół: te drzewa mają osiem metrów, a dziesięć lat temu miały dwa. Dziesięć lat temu można było je przesadzić łopatą. Dziesięć lat temu można było przesunąć pas zieleni. Dziesięć lat temu można było zrobić parking zgodny z prawem. Dziesięć lat temu można było zamknąć temat, zanim w ogóle powstał. Ale temat nie został zamknięty. Został odłożony. A problemy mają to do siebie, że rosną razem z drzewami.
Dygresja, której nie da się pominąć:
O ile przy Bytomskiej Turzański dramatyzuje nad ośmiometrowymi drzewami, o tyle na Józefce bez większych emocji podpisał decyzję (sprzedając działki przy Kamiennej) o wycince ponad 300 drzew, w tym wielu 80‑letnich, o parametrach zbliżonych do drzew pomnikowych.
Tam nie było mowy o „pieśni przyszłości”. Tam nie było mowy o „czekaniu, aż nowe urosną”. Tam nie było mowy o „szacunku do zieleni”. Tam nie było mowy o „szukaniu rozwiązań”. Tam decyzja zapadła szybko i po cichutku - deweloper chętnie przytulił. A przy Bytomskiej każde drzewo staje się bezcenne. Nagle każde przesadzenie to dramat. Nagle każda gałąź to powód do zatrzymania miasta. Kontrast jest tak ostry, że aż razi. I trudno nie zauważyć, że nagła troska o zieleń pojawia się dokładnie wtedy, gdy można nią przykryć inny problem: zaniechania sprzed lat.
Komentarze pod wpisem Turzańskiego pokazują coś jeszcze ważniejszego: to nie mieszkańcy byli w konflikcie - konflikt został im narzucony.
Widać to w emocjach:
- oburzenie na słowo „donosiciel”,
- wzajemne wyzwiska,
- agresja, która nie wynika z różnicy interesów, tylko z narracji,
- ludzie broniący pieszych i ludzie broniący przedsiębiorców - ale nie siebie nawzajem!
To nie jest naturalny spór. To jest spór wywołany językiem użytym przez Turzańskiego.
Bo kiedy mówi się mieszkańcom:
- „ktoś doniósł”,
- „ktoś chce wam zabrać parkowanie”,
- „ktoś doprowadził do tego, że trzeba zdjąć tabliczkę”,
- „przez donos stracicie zieleń”,
- nie ma wyjścia!
to nie jest to opis procedury. To jest zaproszenie do szukania winnego. A winny jak zwykle ma być „ktoś”. Najlepiej anonimowy. Najlepiej taki, którego można obarczyć odpowiedzialnością za wszystko: od parkowania po pogodę i brak koszulek na torsach ciężko pracującej Ekipy.
"KTOŚ - DONOSICIEL, nie urzędowe zaniedbania - "mityczny KTOŚ"!
To nie są problemy. To są PRETEKSTY!
A rozwiązanie istnieje. Tylko trzeba chcieć je zobaczyć
Bo mieszkańcom Turzański przedstawia wybór:
- albo parkowanie,
- albo drzewa.
Jakby nie mogło istnieć rozwiązanie, w którym nikt nie musi przegrywać.
A przecież istnieje i to bardzo konkretne:
- przesadzenie drzew (technicznie możliwe: koparka korzeniowa, balotowanie, przesunięcie bryły w jednym wykopie bo to 2-2,5m) – jest ryzyko, że nie wszystkie drzewa uda się przesadzić, ale niewielkie,
- przesunięcie pasa zieleni na zerwanej kostce,
- parking przylegający do jezdni (nawet z uprzednio odzyskanej kostki),
- zgodność z prawem,
- zachowanie miejsc parkingowych (a nawet potencjalny wzrost ich ilości bo może uda się zredukować dzisiejsze "wjazdy"),
- bezpieczny chodnik,
- kostkowane śluzy dla dostaw i wózków paletowych (dostawy).
To jest rozwiązanie techniczne, nie polityczne. Ale żeby je zobaczyć, trzeba chcieć widzieć coś więcej niż „donos” i „nakaz policji”.

Wszyscy szczęśliwi jedynie sztucznie wywołany konflikt trafi na śmietnik.
My się na tym nie znamy, pewnie czytają to ludzie z odpowiednimi kwalifikacjami i mają milion innych i lepszych pomysłów niż „wyciąć albo zlikwidować miejsca parkingowe”.
Dziś zamiast rozmowy o rozwiązaniu mamy rozmowę o winnych i jak zawsze to nie Urząd Miasta. Zamiast planu - emocje. Zamiast uspokojenia -podkręcanie nastrojów. Zamiast rozsądnego rozwiązania serwuje się nam szczucie jednych mieszkańców na drugich.
A urzędnicy robią swoje - jakby konflikt był im na rękę, bo odciąga uwagę od tego, że to właśnie oni przez lata nie uporządkowali sytuacji, którą dziś przedstawiają jako nagły kryzys.
I to jest największy problem tej historii:
nie drzewa, nie parkowanie, tylko sposób, w jaki Krzysztof Turzański opowiada o sprawie, którą można było zamknąć lata temu.
To jego styl - zamiast wyciszać konflikt, opowieść go podsyca.
Mieszkańcy nie są stronami sporu. Zostali w ten spór wciągnięci.
Nie dajmy się szczuć na siebie!
A Bytomska? Bytomska czeka. Tak jak czekała dziesięć lat temu i więcej, kiedy problem można było rozwiązać łopatą, taczką i kilkoma godzinami pracy. Urzędnicy pewnie również czekali – tylko na co?
