Przejdź do treści

Scena zamiast urzędu

Pomiń menu
Pomiń menu

Scena zamiast urzędu

PiekaryOK
piątek 26 Cze 2026 · Czas czytania 9:45
 
Upalny, czerwcowy dzień 2026 roku przyniósł w Piekarach Śląskich kolejną odsłonę politycznego spektaklu. Wiceprezydent Krzysztof Turzański, w rozpiętej marynarce i nieskazitelnie białej koszuli, uruchomił transmisję na żywo, by z kamienną twarzą i starannie odmierzanymi pauzami ogłosić istnienie „zorganizowanej grupy przestępczej”, „zastraszania” i „wymuszeń”. Brzmiało to tak, jakby ogłaszał alarm dla całego województwa, a nie komentował spór dwóch dorosłych ludzi.

Cała ta potężna machina instytucjonalna, połączona ze ściąganiem na poranne pasmo telewizji TVP Info, została uruchomiona z jednego powodu: prywatnego sporu biznesowego między dwoma osobami, w którym były prezydent  miał złożyć ofertę odkupienia działki właścicielowi „Rancza w Dolinie”.

Jak pan Turzański sam powiedział w swoim wystąpieniu: „To są prywatne interesy, jakieś konflikty.”  

Skoro sam wiceprezydent stwierdził, że „to prywatne interesy” - to, nadal cytując, robienie z tego „największego skandalu w historii miasta” wygląda po prostu na cyniczny, polityczny teatr. Teatr, który ma odwrócić uwagę od merytorycznej dyskusji nad samym planem zagospodarowania przestrzennego całego miasta.

 
Nie można milczeć, kiedy dzieje się komuś krzywda” – grzmiał wiceprezydent w swoim wystąpieniu.
Tyle, że ta wrażliwość uruchamia mu się wyłącznie przy prywatnym sporze dwóch osób. Gdy tysiące mieszkańców Piekar od lat zmagają się z konsekwencjami decyzji, które sam współtworzył  tam nie ma ani „krzywdy”, ani „dramatu”, ani ogólnopolskich mediów.
Jest cisza.  
Stosując dokładnie tę samą miarę wrażliwości, pytamy o sprawy, gdzie stawką są miliony złotych, środowisko, zdrowie ludzi, a może nawet ich życie. Sprawy, w których w tle widać coś znacznie poważniejszego niż „niewygodne pytania” - mechanizm systemowego uciszania tysięcy mieszkańców, którzy mają czelność pytać.  

Analizując wystąpienie Krzysztofa Turzańskiego, trudno oprzeć się wrażeniu, że oglądamy precyzyjnie wyreżyserowany thriller polityczny z idealnie dobranym „timingiem”. Wiceprezydent osobiście zapowiedział wejścia na żywo w ogólnopolskim paśmie TVP Info oraz programie „Misja Interwencja”, twierdząc, że dzwonią do niego media z całego kraju. Na kanwie prywatnej rozmowy dwóch osób, z których żadna nie pełni obecnie funkcji urzędowych, Turzański rzucił oskarżenia o najcięższym kalibrze prawnym: mówił o działaniach rodem z „Ojca Chrzestnego”, nękaniu, wymuszeniach i próbach zmuszenia właściciela do opuszczenia miasta.
Sam jednak przyznał wprost do kamery: prywatne interesy, jakieś konflikty.”
Dlaczego więc urzędnik państwowy angażuje cały swój „autorytet” i publiczne media w relacjonowanie prywatnych „negocjacji biznesowych”?

Odpowiedź staje się jasna, gdy spojrzymy na kalendarz (a nawet zegarek w tym przypadku!). Live został wyemitowany na kilkanaście godzin przed kluczową sesją Rady Miasta, podczas której miały być procedowane kontrowersyjne plany zagospodarowania przestrzennego.  
To idealny moment: zbyt późno, by ktokolwiek mógł zweryfikować „domniemaną aferę”, zbyt wcześnie, by ktokolwiek mógł się do niej odnieść. Zero szans na reakcję, zero szans na sprostowanie.
W takiej konfiguracji media społecznościowe stają się błogosławieństwem; bo to one, a nie fakty, wykonują całą robotę. Wystarczy jeden emocjonalny live, by zalać przestrzeń publiczną narracją o „prostym, porządnym synku” i rzekomej obronie przed „zorganizowaną grupą przestępczą”. To paliwo polityczne, które pozwala całkowicie przykryć dyskusję o systemowych błędach planistycznych urzędu w skali całego miasta – nie jedynie rancza.
Fajnie tak być wiceprezydentem na Facebooku, kiedy jeden wieczorny live potrafi ustawić cały poranek, zanim ktokolwiek zdąży zadać niewygodne pytania.  
Ten medialny cyrk pod blask fleszy obnaża porażającą dwulicowość piekarskiej władzy. Scenariusz jest prosty: gdy w jednym końcu miasta wiceprezydent odstawia głośne show pod hasłem „zorganizowanej grupy przestępczej”, „zastraszania” i „wymuszeń” w drugim bez kamer, w absolutnej ciszy i wbrew ludziom ten sam urząd przepycha projekty budzące gigantyczne kontrowersje.
Idealnym przykładem tej urzędniczej schizofrenii jest Józefka, Lipka czy spalarnia.
O tym CISZA!
Na Józefce, przy ul. Kamiennej, ten sam urząd realizował zupełnie inny scenariusz. Sprawa budowy potężnego blokowiska przez dewelopera DOMBUD od samego początku nosiła znamiona metody faktów dokonanych, realizowanej z dala od oczu opinii publicznej. Przypomnijmy chronologię, o której milczą oficjalne komunikaty:
Osłona COVID-u; kluczowe przekształcenia urbanistyczne gruntów pod tę kontrowersyjną inwestycję zostały przeprowadzone w okresie pandemii. W czasie, gdy uwaga mieszkańców była naturalnie skupiona na obostrzeniach, a możliwości organizowania protestów czy publicznych debat były drastycznie ograniczone przez prawo, urzędnicy zmieniali przeznaczenie terenu. Niezgodności ze Studium, pozwolenie na budowę wydane w tajemnicy przed mieszkańcami, brak realnych i transparentnych konsultacji społecznych z ludźmi, których całe otoczenie życiowe miało ulec drastycznej degradacji,  ekspertyzy do kosza, wycinka ponad 300 drzew (w tym pomnikowych po 80-90 lat) – ZERO problemu. Nie było "show"
Mieszkańcy Józefki nie pozostali bierni. Zebrano setki podpisów pod petycjami, przygotowano niezależne ekspertyzy wykazujące błędy projektu i zagrożenia dla infrastruktury, która NIE JEST W STANIE przyjąć na takim skrawku ziemi tak potężnej i skrajnie niepasującej do otoczenia inwestycji.
Jak zareagował urząd? Głos mieszkańców został zignorowany, petycje wylądowały w koszu, a cały temat przepchnięto przez urzędniczą machinę w ekspresowym tempie.  
Pana Krzysztofa nie było – czemu? Kto stoi za takim a nie innym pomysłem dla tego fragmentu miasta?
Jedyną barierą dla ekspresowego planu urzędu i dewelopera byli działkowcy i mieszkańcy. To oni postawili jedyny skuteczny opór: sąd.
Działkowcy z ROD „Barbara” oraz mieszkańcy dzielnicy zorganizowali się i powołali pełnomocnika – skutecznego prawnika, który zaskarżył decyzje administracyjne do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego (WSA). Ta linia obrony okazała się skuteczna. Prawnik wygrał przed sądem, doprowadzając do uchylenia postanowienia Wojewody, wykazując rażące uchybienia proceduralne organu (czego urząd oczywiście nigdy nie nazwał wprost) i przywracając działkowcom status strony z mocy prawa. Sprawa wróciła do ponownego, rzetelnego rozpoznania – już bez pośpiechu i „automatycznego podpisu Wojewody”
Właśnie w tym kluczowym momencie dochodzi do sekwencji zdarzeń, która według kryteriów samego Turzańskiego powinna wywołać natychmiastowe śledztwo. Oto jak wygląda bezwzględna chronologia faktów administracyjnych zderzona z oficjalną narracją wiceprezydenta:

KROK 1
Skuteczna batalia prawna: Prawnik działkowców wygrywa sprawę przed WSA, obnażając błędy proceduralne organu pierwszej instancji - Prezydent Miasta Piekary Śląskie działającego poprzez Urząd Miasta.
Status u Turzańskiego: Przemilczane (całkowity brak nazwania błędów organu).  
KROK 2
Niejasny kontakt: Potężny inwestor nawiązuje bezpośredni kontakt z Okręgiem PZD w sprawie reprezentacji.
Status u Turzańskiego: Całkowicie wycięte z publicznego przekazu!
KROK 3  
Nagłe cięcie: Okręg PZD z dnia na dzień cofa pełnomocnictwo prawnikowi, który właśnie wygrał sprawę.
Status u Turzańskiego: Skrócone do wymijającego hasła: „pytanie do prawników, uczciwie nie wiem”.

Warto też zauważyć, że kontakt inwestora z Okręgiem PZD w sprawie dotyczącej reprezentacji działkowców nie należy do standardowych elementów postępowań administracyjnych.
I tu pojawia się pytanie, do którego wiceprezydent sam stworzył kontekst. W swoim live mówił przecież o „grupach trzymających władzę”, o „zastraszaniu”, o „wymuszeniach” i o „naciskach”.  
Skoro tak, to dlaczego w sytuacji, która budzi poważne wątpliwości, te słowa nagle znikają z narracji? Dlaczego po kontakcie dewelopera z centralą organizacji nagle rozbraja się linię obrony zwykłych mieszkańców Piekar Śląskich, odsuwając adwokata, który właśnie odniósł sukces przed sądem? Jeśli według Turzańskiego podobne mechanizmy mają „wywoływać natychmiastowe śledztwo prokuratorskie”, to dlaczego tutaj gdzie stawką są publiczne decyzje administracyjne i zdanie tysięcy ludzi, nie pada ani jedno z tych mocnych słów, które wypowiadał na wizji? Sytuacja na normalną raczej nie wygląda.
Gdy opublikowano tę chronologię, na blogu wiceprezydenta natychmiast pojawił się wygładzony wpis. Uciął temat stwierdzeniem, że „uczciwie nie wie”, co to oznacza a błędy organu pominął milczeniem.
Jak to możliwe, że człowiek, który z nagranej rozmowy dwóch osób potrafi wyczytać strukturę „zorganizowanej grupy przestępczej”, w przypadku nagłego uciszenia obrońców Józefki po interwencji dewelopera, któremu sprzedał działki nagle traci swój instynkt śledczy, ślepnie i rozkłada ręce? bo "uczciwie nie wie".
 
W kuluarach i wśród mieszkańców tajemnicą poliszynela jest fakt, że to właśnie przez ręce wiceprezydenta przechodzą praktycznie wszystkie kluczowe projekty urbanistyczne, decyzje planistyczne i deweloperskie w tym mieście. Trudno uwierzyć, by w tak prestiżowym, ekspresowym temacie, gdzie petycje mieszkańców, wnikliwe ekspertyzy wyrzucano do kosza, decyzje zapadały poza jego ścisłą wiedzą.
Skoro sam wiceprezydent w swoim emocjonalnym „lajwie” tak chętnie pyta: „Komu na tym zależy? W czyim tak naprawdę interesie to wszystko się dzieje?”, my odwracamy to zwierciadło.  
Czy gigantyczna energia instytucjonalna włożona w rozdmuchanie prywatnego sporu na Dąbrówce Wielkiej, wciąganie w to stacji telewizyjnych i robienie dymu medialnego wokół opozycji nie jest po prostu klasyczną zasłoną dymną?  
Czy ten wielki teatr przed kamerami nie ma na celu przykrycia niewygodnych pytań o Józefkę? Lipkę? niemiecką spalarnię? i inne „błyskotliwe pomysły” generowane na ulicy Bytomskiej?
Mieszkańcy Piekar Śląskich znają już pełną sekwencję zdarzeń - nie tę wygładzoną, PR-ową i bezpieczną dla władzy wersję.  Skoro wiceprezydent Turzański tak żarliwie apeluje do radnych, by nie milczeli, gdy dzieje się krzywda, my apelujemy o tę samą merytoryczną odwagę i pełną transparentność w sprawach, które firmuje.  
Pytamy o to samo co pan Turzański: „Komu na tym zależy? W czyim tak naprawdę interesie to wszystko się dzieje?”
 
Nie będziemy robić medialnej burzy tylko po to, by przykleić sobie rację. Tym bardziej, że to nie mieszkańcy mają tu sprawstwo, lecz urząd i jego decyzje. Ale nie zgodzimy się też, by jak sam Turzański stwierdził: „prywatne interesy, jakieś konflikty” – stawały się wygodnym pretekstem do forsowania własnych interesów.
Z jednym trzeba się z wiceprezydentem Turzańskim zgodzić: tak nie powinno się dziać i chyba wszyscy życzą sobie innego obrazu Piekar - miasta spokojnego, przewidywalnego, opartego na procedurach i prawdzie, a nie na emocjonalnych wrzutkach i medialnych fajerwerkach.
Tym bardziej więc uderza fakt, że urząd wtyka swoje palce w prywatne konflikty, po czym buduje na nich wizerunek „obrońcy mieszkańców”. To, delikatnie mówiąc, wizerunkowa tragikomedia.
Bo gdy chodzi o dwóch prywatnych ludzi, Turzański bez wahania odpala ciężkie działa, ogłasza „zorganizowane grupy przestępcze”, wciąga ogólnopolskie media i rozkręca spektakl na pół miasta.
Ale gdy chodzi o inne dzielnice, gdzie stawką są decyzje urzędowe, miliony złotych, wycinka setek drzew, łamanie procedur i realne życie tysięcy mieszkańców - nagle zapada cisza. Zero live’ów. Zero dramatycznych pauz. Zero „nie można milczeć, kiedy dzieje się krzywda”.

W całej tej historii nie chodzi o to, kto ma rację w prywatnym sporze - nie znamy kulis, nie słyszeliśmy nagrań i nie zamierzamy rozstrzygać cudzych interesów -to są ich prywatne tematy. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy urzędnik podnosi prywatny konflikt do rangi „bitwy politycznej”, bo taka etykieta działa jak tarcza. Gdy nazwiesz coś „atakami politycznymi”, nie musisz odpowiadać na pytania o procedury, decyzje, deweloperów, wycinki czy spalarnię. Możesz ustawić siebie w roli „ofiary” i „obrońcy”, a całą uwagę opinii publicznej przerzucić z dokumentów na emocje. To klasyczna technika: zrobić z prywatnego sporu „polityczną napaść”, żeby nikt nie patrzył na pieniądze, procesy i odpowiedzialność urzędu. I właśnie dlatego warto oddzielać fakty od spektaklu - bo to nie polityka tworzy tu problem, lecz sposób, w jaki polityka przykrywa sprawy naprawdę istotne dla mieszkańców.  
Panu Dawidowi gratulujemy takiej atencji urzędników, chcielibyśmy by mniej wygodne dla Urzędu tematy również miały tak szeroki rozgłos.


Wróć do spisu treści